Produkt wprowadzony do obrotu na terenie UE przed 13 grudnia 2024.
„Sonety morskie”, wznowione w 1925 roku w znacznie poszerzonym tomie, nie zachwyciły współczesnych. W sumie zebrały tylko pięć omówień krytycznych. Z rezerwą patrzą na nie - jeśli patrzą - potomni. I nie w tym rzecz, by wykłócać się o ich rangę artystyczną, choć po-równanie z innymi płodami tamtej epoki, nierównie słynniejszymi, wytrzymują. Już w 1903 roku Aureli Drogoszewski pisał, że wprawdzie poezja to nie w wielkim stylu, „ale bądź co bądź w poezji jednostajnych marzeń i nastrojów ukazała się rzecz świeża, świeżością przedmiotu przynajmniej". Niektóre sonety zachowały swoją „świeżość przedmiotu" do dziś.
Gdyby zapytać które, generalnie należałoby odrzec: te, w których przez obowiązującą konwencję i poetykę epoki przebiła się rzeczowa, chciałoby się powiedzieć realistyczna, obserwacja, poparta wieloletnim doświadczeniem morskim. A więc nie osławione głębie", „dale" i tęsknice", nie młodopolskie gadanie z Bogiem oparły się czasowi, lecz wiersze znacznie skromniejsze w zamiarze, wiersze - migawki z życia na morzu. Bardziej interesuje nas rozmowa z jungą niż rozmowa z Bogiem; z Bogiem, przed i po Zaruskim, „rozmawiało" wielu jungę najlepiej rozumiał on. I te serdeczne, czysto i bezpretensjonalnie brzmiące dialogi warto przede wszystkim czytelnikowi przypomnieć.
ze wstępu Tadeusza Skutnika
